UWAGA! Obecna zawartość serwisu jest testowa - strona jest w trakcie tworzenia.
09.06.2026 Tuesday 21:53 
2010.03.18

Przygotowanie i przeprowadzenie ocennej sesji degustacyjnej (2)


Rozcieńczać, nie rozcieńczać? Znaczenie wody

W kontekście stosowania wody do obniżania mocy degustowanej whisky, warto odnotować dwie istotne, coraz silniej zaznaczające się współcześnie tendencje. Po pierwsze, sukcesywnie spada liczba wersji whisky butelkowanych przy niskiej mocy (40-43%). Coraz częściej natomiast, nawet najbardziej zdeklarowani dotychczasowi zwolennicy rozwiązań „niskowoltażowych” (jak rozlewcy oficjalni czy firma GMP), skłaniają się ku bardziej powszechnemu butelkowaniu whisky o mocy od poziomu 45% w górę. Równocześnie, niezwykle dynamicznie powiększa się rynkowa oferta bottlingów w wersji cask strength.
Po drugie, niemniej ważne, sama branżowa „doktryna”, ustami kolejnych autorytetów, coraz śmielej przekonuje nas do degustowania whisky w postaci dokładnie takiej, jaką oferuje się nam w butelce. Niezależnie od aspektów teoretycznych, ma to przecież swoje jak najbardziej wymierne uzasadnienie - w sferze ekonomii...

Wracajmy jednak do czysto degustacyjnych rozważań. Oczywiście, nie warto w sposób dogmatyczny wdrażać wspomnianych, obecnych „bezwodno-whiskowych” trendów. Dodanie wody, jak zawsze było, tak pozostało sposobem na uatrakcyjnienie degustacji, wydobycie z whisky szeregu nowych elementów - tak w aromacie, jak w smaku.
Po ocenie atrakcyjności w postaci nierozcieńczonej, możemy pokusić się więc o dodanie do drama dosłownie kilku kropel niskomineralizowanej wody (pamiętajmy, aby nie była zbyt zimna – podobnie jak sama whisky). Zakręćmy kieliszkiem, odczekajmy krótką chwilę. I jak?... Przeanalizujmy zmiany, postarajmy się nazwać powstałe różnice, zastanówmy się, czy obniżenie mocy wpłynęło na naszą whisky dodatnio, czy może straciła ona coś ze swojego uroku? Jeśli jesteśmy ciekawi i nie boimy się „utopienia”, spróbujmy dawkę wody zwiększyć.

Pojawia się tutaj swoista wątpliwość: czy, i w jaki sposób, fakt konieczności rozcieńczenia whisky dla uzyskania jej smakowo najlepszego wymiaru, powinien rzutować na ocenę konkretnego bottlingu? Podejście skrajnie pryncypialne wskazywałoby, że skoro whisky nie została zabutelkowana przy mocy optymalnej dla degustacji, został popełniony - co najmniej - błąd niedopatrzenia. Wydaje się jednak, że nie warto być tak ściśle rygorystycznym. W końcu whisky, którą nadal możemy osobiście „poprawić” dodając wodę, stanowi i tak o niebo lepszy przypadek niż ta, którą w nieodwracalny sposób popsuto poprzez zbytnie obniżenie jej mocy w butelce. Pamiętajmy również o tym, jak ciężko byłoby rozlewcy znaleźć możliwie obiektywne kryteria dla określenia „optimum” zawartości alkoholu. Chociażby, nie do końca udane próby znalezienia matematycznego „złotego środka”, których efektem są liczne serie zupełnie odmiennych whisky butelkowanych z identyczną mocą, stanowią najlepszy dowód tego faktu.


To ostatnia whisky dzisiaj... – oceny.

Niezależnie od wyboru konkretnej skali, którą stosować będziemy dla oznaczenia wartości whisky w naszych oczach (temat rozmaitych skal liczbowych był już poruszany na łamach Aktualności), powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na kilka generalnych aspektów.
A zatem, zanim przystąpimy do oceniania jasno ustalmy, czy nasza punktacja odnosić się będzie do whisky typu single-malt, do każdego typu whisky, a może do alkoholi wogóle? W oczywisty sposób bowiem, nie pozostanie to bez wpływu na nasze późniejsze oceny.
Zwróćmy uwagę na rozpiętość przyjętej skali, a zarazem na szerokość i szczegółowość spektrum naszych wrażeń, które skutkować będą indywidualną hierarchią wszystkich próbowanych edycji. Przypuszczalnie, wiele spośród degustowanych whisky będziemy podsumowywać w dość zbliżony sposób. Przemyślmy, na ile dzielące te edycje różnice, często znikome, powinny znaleźć swe wymierne odzwierciedlenie w punktacji. Nie jest przecież nigdzie powiedziane, że powinniśmy z równym pietyzmem dzielić whisky na bardzo dobre, jeszcze lepsze i genialne, jak na bardzo złe i jeszcze trochę gorsze...
Pamiętajmy poza wszystkim, że whisky jest trunkiem, a nie perfumami! Smak zatem, racjonalnie rzecz biorąc, powinien mieć zwykle większe znaczenie dla finalnej noty, niż aromat. Równa matematycznie waga poszczególnych składowych (o nierzadko diametralnie różnym, w praktyce, poziomie) w końcowej ocenie, pozostaje ewidentną słabością wielu stosowanych obecnie skal.
Określmy, na ile pragniemy, by nasze ściśle indywidualne preferencje, zawierające się w punktacji za „balans”, „wrażenie artystyczne” itp. rzutowały na przyznaną whisky notę. Niekiedy warto docenić takie edycje, których styl może nie do końca nam odpowiada, ale zarazem nie potrafimy wskazać ich ewidentnie słabych punktów. I odwrotnie, whisky szczególnie dobrze trafiających w nasz „osobliwy” gust, choćby z uwagi na określone defekty (np. nadmierny posmak siarki, „efekt FWP” czy tzw. soapy-taste), nie warto oceniać nadmiernie wysoko, jeśli przeczuwamy że naszego entuzjazmu spora część smakoszy mogłaby po prostu... nie zrozumieć. Zazwyczaj tego typu skrajne indywidualizmy najlepiej zawrzeć w szczegółowym opisie, zaś przyznając ocenę punktową kierować się już możliwie obiektywnymi kryteriami.


„Raz to często zbyt mało”

Już na początku zostało wspomniane, że whisky będzie smakować nam mniej lub bardziej, w zależności od szeregu zewnętrznych czynników. Stąd nie postulowałbym wystawiania finalnych ocen danej edycji po zaledwie jednym z nią „posiedzeniu” (chyba, że nie mamy innego wyjścia). Pomijając już sam fakt większej wiarygodności średniej oceny z kilku sesji, niewątpliwie zajmujące i kształcące jest porównanie ex post kilku własnych opisów tej samej whisky. Nierzadko można „złapać się” na interesujących różnicach, wręcz kontrastach w jej postrzeganiu, zaś wykryte punkty wspólne pozwolą nam z satysfakcją potwierdzić wiodące cechy konkretnego bottlingu.


Przykłady szczególnych rodzajów degustacji

Z całą pewnością, jednym z ciekawszych sposobów na dodatkowe urozmaicienie sesji degustacyjnej jest przeprowadzenie jej wg określonego klucza. Tym kluczem może być konkretny region, z którego przedstawicielkami będziemy się zaznajamiać bliżej, wybrana destylarnia i kilka pochodzących z niej edycji whisky - w różnym wieku, bądź też z różnego rodzaju beczek, w których dokonała się maturacja. Jeśli tylko będziemy mieli taką możliwość, świetnym doświadczeniem okaże się porównywanie whisky pochodzącej z beczek o sąsiednich numerach – w szczególności wówczas, kiedy postaramy się skrupulatnie zdefiniować dzielące je różnice. Być może uda się nam zgromadzić na jednej sesji whisky z konkretnego zakładu, ale o różnych rodzajach finiszowego leżakowania, albo wyłączne whisky z destylarni już nieczynnych?
Interesujące będzie również bezpośrednie zestawienie równoletnich edycji z destylarni, które w jakiś (niekoniecznie sprzedażowy) sposób ze sobą konkurują np. Lagavulin – Laphroaig, Highland Park – Scapa, Glen Grant – Caperdonich czy Springbank – Longrow. Jak widać, możliwości jest mnóstwo, pole do popisu ogromne, a nasza „zabawa” za każdym razem będzie mieć nieco inny poznawczy charakter.
Zasadniczo jednak, decydując się na tego typu porównawcze zestawienia, winniśmy zaczynać od whisky ewidentnie odmiennych, by brnąc później poprzez edycje coraz bardziej zbliżone do siebie w charakterze, starać się skutecznie kształtować i pogłębiać umiejętność wychwytywania i nazywania różniących je, najbardziej subtelnych niuansów.


PWJ


R E K L A M A