UWAGA! Obecna zawartość serwisu jest testowa - strona jest w trakcie tworzenia.
26.09.2017 wtorek 00:11 
2017.03.30

O whisky ze skrzyżowanymi palcami, czyli ofensywa sprzedawców


Na temat nieetycznych praktyk sprzedawców whisky, polegających na (najdelikatniej mówiąc) rozmijaniu się z prawdą celem promocji słabych, bądź zbyt drogich jak na swą jakość produktów, nieraz już na BOW pisaliśmy. Z nieustanną troską i poczuciem niezbędności recenzowania takich poczynań, a niekiedy i ich piętnowania. Wygląda na to, że po okresie swoistego wyciszenia, kiedy krajowi sprzedawcy prawdopodobnie liczyli krociowe zyski z masowo organizowanych imprez targowych, festiwali i degustacji tzw. "masterclass" (sic!), właśnie nadeszła pora kontrataku. Kiesa wolniej się zapełnia, lud coraz bardziej świadomy, krytyczny, czas przeto wygłosić orędzie, by i starych klientów napomnieć, i nowych do lady przyciągnąć.
Ustrojeni tedy w piórka znawców, "niekwestionowanych" autorytetów i "międzynarodowych jurorów" - oto paradoks polskiego środowiska i branży, żeby rolę niezależnych i obiektywnych ekspertów grali ludzie, których interes sprowadza się do sprzedawania jak największych ilości whisky - rozpoczynają krucjatę wymierzoną w poglądy tych, którzy mogliby zakwestionować wygłaszane przez nich eksperckie "prawdy", zwrócić uwagę na faktyczną, spadającą jakość single-malt, wprowadzając szkodliwy dla sprzedażowych słupków poznawczy dysonans pośród konsumenckiej gawiedzi.

Miałem właśnie okazję, przyznam: nie bez wysiłku, przebrnąć przez dwa "opiniotwórcze" filmiki, świeżo nagrane i zjutubowane przez jeden z takich właśnie, współczesnych autorytetów świata whisky. Dwa pierwsze z całej, zapowiadanej serii. W zamierzeniu podane w "satyrycznej", zabawnej i swobodnej formie, a w praktyce - o legendarnej lekkości i humorze enerdowskiej komedii. Mniejsza jednak o zawodzący styl, mniejsza o językowe i składniowe lapsusy. Uderzające jest co innego: takiego nagromadzenia manipulacji i nonsensów doprawdy nie powstydziłaby się żadna, ale to żadna telewizja w Polsce.

Uwagę zwraca już dobór tematyki dwóch pierwszych odcinków. Otóż w pierwszym z nich mamy poddaną krytyce (jakże zresztą nieudolnej) ideę oceniania whisky, już w drugim natomiast otrzymujemy, niespójny logicznie wywód na temat "przyczyn" (a tak naprawdę "zalet") zjawiska zalewania rynku przez edycje whisky no age statement - wraz z połajanką tych, którzy do wspomnianych "niezbitych prawd" zachowują zdrowy dystans. Nie trzeba być szerlokiem, aby dostrzec tutaj związek przyczynowo-skutkowy oraz zasadniczą intencję "obiektywnego eksperta" w budowaniu przekazu korzystnego dla swoich merkantylnych celów. Ani tego, że zamiast obiecanego "kabaretu" i rozrywki serwuje się nam narrację i zalecenia jak najbardziej na serio, tonem wykładu z ekonomii politycznej, gdzie cały dowcip sprowadza się do wciśniętych na siłę, w ilości jedna na odcinek, półminutowych "ciekawostek". Chyba, że chodziło autorowi o pusty śmiech, nad tak grubymi nićmi szytą manipulacją?

Co zatem twierdzi ex cathedra Pan Ekspert? Przede wszystkim dystansuje się od kwestii jakości whisky, wyrażanej ocenami, zbywając ją nieśmiertelnym "to jest dobre, co komu smakuje" (ha! brawa za konsekwencję, choćby na tym tylko polu). Mierzalność tejże jakości dezawuuje i wykpiwa - a przynajmniej się bardzo stara - kategorycznym twierdzeniem o braku "oficjalnej definicji" whisky dobrej. Skoro nie można zmierzyć czegoś stoperem, wycisnąć na sztandze, względnie odnieść do wzorca bezpośrednio, to co obowiązuje? Obowiązuje oczywiście pełen relatywizm. Wszystko inne to "bla, bla, bla". Zadziwiające to w ustach kogoś, kto ocenia ową whisky na publicznych konkursach, kogo oceny decydują o popycie, nieprawdaż? Bo czymże się w takim razie Pan Ekspert wówczas kieruje? Wróży z fusów? Rzuca kośćmi? Patrzy na chmury? Najwyraźniej coś takiego, jak warsztat analityczny, w podejściu do oceniania whisky u Pana Eksperta nie funkcjonuje; pojęcia stałych kryteriów, czy probierza, są mu zupełnie obce, o porównywaniu cech oraz właściwości także nie słyszał. Ani, najwyraźniej, o różnicy między subiektywizmem, a relatywizmem.

Takie właśnie planowe mieszanie pojęć, konstruowane na kolanie pseudo-zarzuty i chaotyczność "wykładu" są zresztą podstawowymi narzędziami, którymi operuje nasz obeznany filmowiec-kabareciarz. Pozornie krytykując sensowność samej punktacji whisky, tak naprawdę usilnie stara się zaprzeczyć faktowi, że whisky w istocie bywa po prostu... lepsza i gorsza. I że można to, cholera, zweryfikować degustując. Stara się więc udowodnić, że niemożliwa jest powtarzalność w odczuwaniu wrażeń podczas picia whisky (bo przecież zwykle przed degustacją zjadamy kurkumę, albo wąchamy spaliny), reguł tu dojmująco brak, skoro wiecznie coś nam przeszkadza, rujnuje nastrój, rozprasza i odbiór poprawny zaburza. Dlatego porzućmy wszelkie mrzonki o tym, że potrafimy nie dać się oszukać własnym zmysłom. Nie. Jesteśmy wobec nich bezbronni, jesteśmy niedoskonali, jesteśmy ułomni, jesteśmy podatni na sugestie, prawdy o whisky nie odkryjemy nigdy, bo taka nie istnieje. Ważne jednak, by ciągle próbować! Czyli, kupować. I nie dać się nabrać odczuciom, w chwili słabości postawić whisky ocenę. Po co? Przecież właśnie daliśmy się zwieść. Kurkuma, panie.
Na koniec jednak okazuje się, że problem nie leży w samej idei punktowej oceny, tylko w kręgu adresatów tychże ocen. Bo tylko osoby o niewielkim doświadczeniu powinny kierować się ocenami whisky. Tylko tyle i aż tyle. Filozoficznie. I logicznie...
No i jeszcze ci rozpasani blogerzy, początkujący, bez doświadczenia, bez spektrum wrażeń. Ich nuworyszowskie tasting notes nie są warte funta kłaków. Wróć... Przecież chwilę temu, mówiłem, że żadne oceny... Warto tworzyć więc własne... statystyki. Oceny to zguba! Nawet whisky ocenionej na "góra 70 punktów" warto spróbować. Hmm, ile mi jeszcze ich zostało na magazynie?

W kolejnym filmie autor ewidentnie się rozkręca. Żongluje danymi, przestrzega przed narastającym niedoborem whisky względem poziomu jej sprzedaży, wskazuje i osądza winnych nakręcania popytu (oczywiście to fundusze inwestycyjne, jeśli jeszcze nie wiecie). W szczególności, dopowiada, brakuje w magazynach "dojrzałej whisky" o wieku powyżej lat dziesięciu, dlatego producenci "fokusują się" masowo na młodsze edycje NAS, ponieważ takie właśnie chcą obecnie pić i kupować młodzi ludzie, "nie zainfekowani fetyszem wieku" na etykiecie. Logika tego wywodu wręcz powala, przyznacie.
A ceny whisky? To już prawdziwy majstersztyk i popis tupetu małego handlarza. Winni są... klienci! Kuriozalne w ustach "niezależnego i obiektywnego" eksperta usprawiedliwianie poczynań tych spośród producentów, którzy momentalnie dyskontują wzrost popytu na whisky, głównie poprzez skokowe (mowa o 100% wzroście) podnoszenie cen kolejnych, porównywalnych edycji. Pan Ekspert nie widzi w tym procederze niczego zdrożnego, nagannego - ba, dla niego jest to całkiem naturalne. Konieczne. Bo skoro można kosić klientów po kieszeniach podwójnie - to hulaj dusza, piekła nie ma. Samiście sobie zgotowali ten los, naiwniacy!
Przyznać trzeba, że pięknie świadczy to o etyce biznesu prowadzonego przez Pana Eksperta, o jego pryncypiach i zasadach kształtowania marż. A także o wiarygodności jego opinii o samych whisky. I myli się (nie po raz pierwszy) Pan Ekspert twierdząc, że tak pazerna polityka jest czymś absolutnie powszechnym i że wszyscy producenci, czy dystrybutorzy, postępują w taki właśnie sposób. Specjalnie przytoczę tu fragment oficjalnego komunikatu, wystosowanego przez znaną, temu i owemu, firmę Cadenhead's, w związku z świeżą premierą drugiej edycji ich Springbanka w serii Local Barley:
"Due to the success and popularity of the previous Local Barley, we feel we could have set our pricing much higher for this release if we were purely concerned about maximising profit. However, we decided to sell the whisky at a price which will allow Springbank drinkers around the world to purchase a bottle, open it and enjoy the contents while at the same time making sure we as a company make a reasonable amount of money from our product." (za www.springbankwhisky.com)
Całe oświadczenie tutaj.

Aż chciałoby się w tym miejscu napisać coś o "niekwestionowanych autorytetach" i tym, w jaki sposób zyskuje się szacunek, zdobywa renomę na rynku. Pokazuje klasę, po prostu.

Na koniec także pokuszę się o anegdotę.

Siedzi Baca na drzewie i piłuje gałąź na której siedzi, przechodzi turysta:
– Baco spadniecie!
– Ni, nie spadne!
– Spadniecie!
– Ni!
– No mówię wam, że spadniecie!
– Eeee, ni spadne!
Nie przekonawszy bacy Turysta poszedł dalej. Baca piłował, piłował aż spadł. Pozbierawszy się popatrzył za znikającym w oddali turystą i zdziwiony rzekł:
– Prorok jaki, czy co?



[PWJ]





R E K L A M A