UWAGA! Obecna zawartość serwisu jest testowa - strona jest w trakcie tworzenia.
18.11.2018 Sunday 16:17 
2018.05.22

Ustka 2018 - relacja z wiosennego spotkania BOW.pl "Torf niebanalnie" (cz. 1)


"Wydarzeniem ostatniego weekendu był niewątpliwie"... festiwal whisky w Krakowie, który według zapowiedzi organizatora "nie będzie odbiegać daleko od tych największych odbywających się w Polsce jak i na całym świecie", jak również obfitujące w Wielkie Przeglądy Whisky i Cudowne Spotkania z Przyjaciółmi (co już wiemy z pierwszych stron blogów) obchody singlemaltowo-warszawskie. Nie dane nam było, niestety, zaznać owych światowych i unikalnych atrakcji, jednak serdecznie gratulujemy sukcesów, odnoszonych na dowolnej płaszczyźnie.

Tymczasem, BOW.pl postanowiło wybrać się do malowniczej Ustki, położonej na Wybrzeżu Środkowym, by w kameralnym gronie, tuż przy (niezbyt zacisznym) portowym pirsie, w ciągu dwóch dni wytężonej pracy, popróbować około trzydziestu z rozmysłem wyselekcjonowanych edycji whisky słodowej.

Nasze cykliczne spotkania zarówno wiosenne, jesienne, jak i świąteczne (znane jako Xmas), rządzą się własnymi, bezwzględnymi prawami. Jedno z nich mówi, że ilość whisky nigdy nie może być ważniejsza, niż jej jakość (legendarne prawo Approved by BOW). Ale i wspólne degustowanie, przy spotykaniu się w odstępach mniej więcej półrocznych, nie powinno zakończyć się „urwanym finiszem” po przysłowiowej trzeciej godzinie. Dla co poniektórych uczestników spotkania z BOW oznaczają przecież regularny wyjazd na mityczny Drugi Koniec Polski, co bywa sporym wysiłkiem. I powinno zostać przeto odpowiednio nagrodzone.

Dura lex, sed lex... Dlatego też dość pokaźna ilość próbowanej whisky (na którą ten i ów ostentacyjnie sarkał, acz z nieco chyba udawaną niechęcią) była swoistym uhonorowaniem bohaterskiej determinacji przybywających... choć i wymagała od nas wszystkich podejścia skrupulatnego, zdyscyplinowanego i permanentnie skupionego. W zdecydowanej większości uczestnikom udało się taki plan zrealizować, zachowując pion, trzeźwy osąd i dzieląc się uwagami nawet pod sam koniec sesji – zaś pozostałych wyłącznie zdopingowało do rzetelnego treningu i poprawy na kolejnych degustacjach ;-)

Obszerne pokłosie naszego poświęcenia oraz whiskowych dyskusji w postaci ocen, opinii i komentarzy zamieszczamy dzięki temu poniżej, w niniejszym, kronikarskim materiale.

Pierwsza sesja, piątkowa, została pomyślana jako przegląd nietuzinkowych whisky torfowych - pochodzących z destylarni, gdzie nie stanowią one trzonu produkcji, a są swoistym dodatkiem do podstawowego portfolio zakładu, niekiedy wręcz eksperymentem (żeby nie powiedzieć: wypadkiem przy pracy). Właściwie niemal całe „oklepane” Islay zostało więc przez nas wyłączone z programu (z jednym, ale naprawdę ciekawym wyjątkiem), zostawiając miejsce na destylarnie nie tylko słynące z zupełnie innego profilu smakowego (jak choćby Tomintoul), ale i nawet leżące poza Szkocją (słynny Paul John, dajmy na to). Chodziło również o to, by postarać się wybrać możliwie takie edycje, w których torfowość nie stanowi atutu per se, a jest istotnym walorem pośród kilku - co najmniej - równorzędnych.

Sesja sobotnia to już potyczka z whisky tzw. grubszego kalibru, skoro składały się na nią w większości edycje pochodzące z selekcji niezależnego, wielce zasłużonego dla ludzkości dystrybutora Signatory Vintage; edycje, które ukazały się na rynku przed nadejściem tzw. ery wazonowej SV (czyli wprowadzeniem charakterystycznych, masywnych butelek z tłoczeniami na froncie). Która to era, nawiasem mówiąc, nie kojarzy się nam najlepiej od samego jej zarania ;-)
Były reprezentowane roczniki z lat 60, 70, i 80-tych - a zatem kalendarzowo przekrój zupełnie niezły. Wybraliśmy whisky z destylarni nieoczywistych, co z kolei miało stanowić test dla ówczesnej selekcji i generalnej formy bottlera, a nie potwierdzać rzeczy ogólnie wiadome, choćby i same w sobie nęcące (stąd m.in. brak na liście różnych antycznych Ardbegów, Springbanków, czy Lochside’ów).

A na sam finał - kolejne uderzenie torfu.


* * *


Piątek, 18 maja 2018


Degustacja rozpoczęła się od zaprawdę mocnego uderzenia, w postaci butelki (jakby nieco wybrakowanej?) zawierającej Glen Scotię od polskiego „dystrybutora” (?), noszącego dumną, a na pewno odpowiednio napuszoną nazwę Loża Dżentelmenów. O tej, ponoć rewelacyjnej, whisky, słyszeli już chyba wszyscy, bo nawet do naszego zapomnianego przez Wielkich, kresowego Szczecina coś tam w temacie dotarło.
I faktycznie. Wszyscy degustujący ten cymes zgodzili się, że pijali już whisky gorsze – choć czy znacznie, tutaj zdania były już mocno podzielone. Przykładowo, piszącemu te słowa whisky wydała się zupełnie udana (a nawet rozwijająca się!) w owocowym aromacie, i kompletnie nieciekawa pod kątem smaku (jałowego, z wybrakowanym „środkiem”), oraz momentami nieznośna w finiszu. Bottling po prostu zbyt młody, alkoholowy, zbyt pochopny, choć oddać trzeba, że momentami profil w istocie był mocno klasyczny dla destylarni – i za to, jakiś tam, plus. Ocena nie byłaby jednak pełna, gdyby nie możliwość porównania tej „wyprzedanej na pniu edycji” z dość bezpośrednią (choć starszą) konkurentką, noszącą znamiona faktycznie dobrej bottlerskiej roboty - i niegłupiej selekcji, a więc z 18-letnim wypustem Glen Scotii od High Spirits, rocznik 1991. No i okazało się bardzo szybko, co to znaczy „godne Scotie butelkować”... Selekcjonerom z Loży Dżentelmenów gratulujemy dobrego samopoczucia, zwłaszcza przy cenowym nieumiarkowaniu, jednak w zakresie jakości whisky radzimy zgłosić się po obowiązkowe korepetycje (choćby do pana Valentino Zagattiego).

Po obfitującym w mocne wrażenia początku degustacji, sięgnęliśmy po równie młodego wiekiem Tomintoula, tu oczywiście w wersji „peated”. Po pamiętnych, dosadnych Ballantruanach od Jacka Wiebersa spodziewany był profil bliski „dymowej słodyczy” – i faktycznie, tak też było w istocie. Jednak zdecydowanie niższa niż w przypadku tamtych whisky moc, oscylująca wokół 50%, pozbawiła ten, skądinąd przyjemny wypust, smakowego pazura. Po Glen Scotii od L.D. część uczestników była jednak niemalże wniebowzięta, a inni też jakoś nie narzekali ;-)

Pozostając na zbliżonych poziomach woltażu, na stół wjechała w kolejności oficjalna „dwudziestka” Ardmore – dość słynny i powszechnie doceniany, stosunkowo nowy, ciągle nie spowszedniały wypust. Liczyliśmy, że w tym wieku whisky z Ardmore będzie nieźle już ułożona, a torfowość – często banalna i zbyt dominująca w młodszych edycjach – zostanie okiełznana i okraszona paroma innymi, nieogranymi smakami. Co również się potwierdziło: na swojej półce cenowej to z pewnością obecnie jedna z najlepszych, niedrogich whisky kupażowanych: z wędzonymi owocami, szczyptą soli, sowitą porcją dymu, ale i ciastowej, typowej dla Ardmora słodyczy. Redakcja BOW.pl niewątpliwie poleca.

13-letnia Cooley od belgijskiego, butikowego bottlera The Whisky Mercenary pozwoliła nam przenieść się na moment na Zieloną Wyspę – nieczęsto to czynimy w trakcie naszych spotkań, ale czy można było odmówić sobie przyjemności sprawdzenia tej zachwalanej, torfowej edycji? Otóż whisky, jak na „ajrisza” przystało, jest zacnie owocowa, nieledwie tropikalna, ananasowa, wspominano też cytryny i limonki, a wkład dymu wydał się na tyle umiarkowany, że przydający całości jeszcze większego uroku. Dodajmy do tego świetną moc, dodajmy długi, cierpliwy finisz...

Od początku bardzo interesująco zapowiadał się korespondencyjny pojedynek trzech zróżnicowanych wersji Tobermory. Nie zdecydowaliśmy się na ich serwowanie naraz, w pakiecie, jednakże zainteresowani i tak poradzili sobie z zabezpieczeniem odpowiednich ilości w kieliszkach do porównań face-2-face. Pierwszą z serii, która pojawiła się na stole, była 15-letnia edycja oficjalna pochodząca z beczek po marsali. Grubsze dziwadło, z miejsca zwracające na siebie uwagę, z ewidentnymi – dla niektórych nawet za bardzo – wpływami na smak użytego drewna. Dla fanów tych specyficznych, ex-winnych klimatów, organiczności, posmaków białkowych – zapewne bajka. Nasi uczestnicy byli dość mocno podzieleni w opiniach, choć w samych ocenach... już chyba mniej. Mimo wszystko, niewątpliwie nie jest to propozycja dla wszystkich, a zwłaszcza początkujących w świecie whisky. Określenie jej czymś więcej, niż solidną poprawnością, byłoby zbytnią wyrozumiałością i swojego rodzaju nadużyciem. „Coś innego – tak, coś szczególnie dobrego – raczej nie”.
Drugą Tobermory okazała się starsza, bo pełnoletnia, edycja dla włoskiego selekcjonera Flavio Tognona. Tym razem „w robocie” mieliśmy typową beczkę po bourbonie. I przyznać trzeba, że whisky spisała się - wg niżej podpisanego - wyraźnie lepiej, niż te wszystkie enologiczne wynalazki. Wersja doskonale doleżakowana, zbalansowana, spokojna, odpowiednio wygładzona, nawet (o dziwo!) subtelna – co przy tym profilu bywa przecież nie lada wyzwaniem. Świetny daily dram, w smaku łagodny, w finiszu – omalże kontemplacyjny. Klasyka lekkiego dymu, przeznaczona nie tylko dla peatheadów.
No i wreszcie pozycja trzecia: dla odmiany pochodząca z beczki po ciemnej sherry, 21-letnia edycja od bandy Cadenheads'ów. Treściwa, oleista, choć wydaje się też, że chwilami dziwnie niespójna, smakowo niepoukładana, z osobliwymi wycieczkami w kierunku plasteliny, czy klimatów siarkowych. Propozycja wymagająca. Przy czym nie stanowiło to, rzecz jasna, wady samej przez się: w końcu, zbliżone klimaty bywają wyśmienite i cenimy je w wielu whisky (weźmy choćby Glendronacha!). Po prostu w tym akurat wydaniu, mocno ekstremalne wtręty zaburzały przekaz, nieco gryząc się z pozostałymi składowymi. Na tle jednak naprawdę wielu słabych, obecnych bottlingów Cadenhead's (w segmencie whisky destylowanej w latach 90-tych), tu naprawdę mieliśmy bardzo niewiele powodów do narzekań. Ordynarnie, momentami trochę chaotycznie, ale zdecydowanie z charakterem.

Na tym etapie degustacji przyszło nam zawitać na moment na Islay. Jedenastoletnia Bunnahabhain od SV, którą niespodziewanie przywiózł „ze sobą” (a konkretnie: w bagażniku BOW) nasz nieoceniony Abelard ;-) nie miała nam jednak boleśnie przypomnieć o istnieniu fenolowych piekieł, przeciwnie – pokazać bardziej owocową, kompleksową, mniej banalną i oczywistą stronę tamtejszych maltów. Beczka z serii tych, które cieszyły się sporym uznaniem w wydaniu francuskiego LMDW, rokowała znakomicie... I nadzieje z nią związane spełniła (powtarzam się, wiem, lecz cóż). Gumy do żucia, kantalupa, passion fruit (tak, Piotrze, marakuje...) oraz komplementarna oceaniczność w zapasach z wiedeńskimi sernikami. No i wspaniałe, dokładne przełożenie aromatu na smak. Majstersztyk? Pewnie nie, ale na pewno mocny argument dla zwolenników Bunnahabhaina, których paru zasiadało przy naszym degustacyjnym stole. Reszta otrzymała „a dram to remember”, z całą pewnością!

Destylarnią, która ciągle jeszcze kojarzy się głównie z zupełnie innymi, niż torfowe smakami, jest z pewnością Benriach. Jednak Benriach już od dawna flirtuje przecież z torfieniem słodu, a efekty tych działań mieliśmy już nie raz okazję testować. Ba, często i doceniać (sic!). Grzechem byłoby więc nie sprawdzić, cóż tam obecnie w trawie piszczy.
Na stole zameldowała się więc ciemnosherrowa wersja z rocznika 1994, butelkowana dla Independent Spirits. Wow, co to była (jest) za whisky... Przebogaty profil, o ponadprzeciętnej złożoności, zmienny i jednocześnie spajający akcenty o, zdawałoby się, całkiem przeciwnych wektorach. Przywodziła na myśl pierwszą, 25-letnią edycję Authenticus. Ewolucja w kieliszku: level mistrz. Zweryfikowane po kilku godzinach ;-) Przyznać trzeba, że niektórzy całkowicie poddali się urokowi wędzonych śliwek, rodzynek, tarniny, sadzy, grzybni... Nie dziwota.

W jakimś momencie degustacji nadeszła pora na kolejną, szybką, a zarazem daleką wyprawę - poza Szkocję. Paul John, mówi wam coś ta nazwa?... No właśnie, no właśnie ;-) Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie BOW, a gdzie Goa?... A jednak, w końcu coś "pękło". Może to świetne opinie o tej właśnie edycji „peated” od bottlera Malts of Scotland, może jakaś chwila słabości, może przewrotna i niezdrowa ciekawość, a może po prostu przeczucie?...
Jeśli było to właśnie przeczucie, to nie dla wszystkich okazało się ono szczęśliwe. Ponownie whisky można nazwać... „charakterystyczną”, nieco podobną stylem do peatowanych Kavalanów (choć smakowo o wiele mniej pełną), w paru elementach nawet do niektórych japońskich wersji Hanyu, natomiast nacechowaną także szeregiem specyficznych posmaków, z których „wilgotne bandaże” jawią się jako najmniej dziwaczne ;-) Pozycja jaskrawie młodociana, chyba najbardziej dzieląca towarzystwo, koniec końców trafiła u części z nas do szuflady z napisem „przed przeczytaniem spalić” ;-) Poznać warto, kupić butelkę... może niekoniecznie.

Co powiedzielibyście teraz na małą wyprawę na północ, hen, aż do Old Pulteney? Skoro degustowaliśmy, w zasadzie, tuż przy portowej kei, przy kutrach unoszących się na morskiej fali, krzykach mew (oraz rybaków) i tak dalej, to owej jednoznacznie kojarzącej się z morzem destylarni, nie mogło w naszym whisky-menu zabraknąć. Po prostu nie mogło!
No i zjawiła się, grzecznie, w całkiem odpowiedniej formie - pod postacią 30-letniej edycji oficjalnej. Tym razem wersji nie tej z roku 2013, znanej już co poniektórym z Xmasowych zmagań z Pulteney’em, lecz wcześniejszej (premiera 2009), o nieco większej mocy (44% abv) i jak wieść niesie, po prostu lepszej.
Co się tedy okazało?... Torfowość "niebanalna" w tym przypadku wybrzmiała torfowością znikomą, wręcz śladową, natomiast kombo doprawdy przeeleganckiej morskości i suszonych, względnie kompotowych owoców, tych polsko-jesiennych, powaliło kilku spośród uczestników - jeśli nie na kolana, to co najmniej na krzesła ;-) Ta edycja w istocie zasługuje na rzeczywistą rekomendację za swą jakość, nie sprawia wrażenia ani wodnistej (jak jej równoletnia następczyni), ani cokolwiek „przeleżakowanej”, poszczególne smaki prezentując w sposób zborny, odpowiednio intensywny, pozostając na właściwej amplitudzie doznań. Także w długim finiszu, drewno okazuje się w pełni kontrolowane.

Słyszeliście zapewne o całej furze beczek, pochodzących z destylarni opisywanej jako „Orkney Distillery” (lub podobnie) które trafiły całkiem niedawno na rynek, równolegle dzięki wielu niezależnym rozlewnikom?... Jeśli nie, to powinniście czym prędzej zainteresować się tematem. Chodzi o malty raczej niestare, mniej więcej 10-15 letnie, o formalnie niepotwierdzonej proweniencji. Zagadka niby nietrudna, ale... Część z nich określana jest na butelkach jako Secret Orkney, inne jako Lord of Orkney, jeszcze inne Skara Brae, a istnieje też nieoficjalna wersja mówiąca o tym, że są to po prostu beczki destylatu ze Scapy, które z niewiadomych przyczyn znalazły się - i latami cierpliwie spoczywały - w magazynach Highland Parka. Jak wieść niesie, rzecz jest doprawdy niecodzienna i tym bardziej ciekawa, że w przypadku części z tych beczek (nie wszystkich!), mimo wszystko pojawia się na etykietach nazwa Highland Park. Tymczasem w smaku, niektóre z nich to niemalże kwintesencja „torfowej” Scapy...
Tak czy owak, na naszej nie-islayowej degustacji pojawiła się jedna z tych właśnie whisky, w niezależnym wydaniu pochodzącym od niemieckiego bottlera Spirit&Cask, rocznik 2005, zabutelkowana w wieku lat 12-tu. Jeżeli ktoś jest ciekawy współczesnej Szkoły Torfienia Słodu na Orkadach, będzie to dla niego dobry (i pouczający) wybór. Na dodatek, za bardzo umiarkowaną kwotę. Whisky ta nie ma za wiele wspólnego z eleganckimi, zbalansowanymi (a dla wielu, po prostu... nudnymi) edycjami HP. Tu się w istocie torfowo „dzieje”, dla niektórych nazbyt beczkowo i współcześnie-nowocześnie, wszak większości fanów ten aspekt chyba jednak niezbyt przeszkadza...

...a co powiecie z kolei na Ballechin, czyli heavily peated Edradour? Tak, wiem, pamiętam, przyznaję, nieraz pisałem o tym kierunku ichniego eksperymentowania w sposób szyderczy, prześmiewczy, tak samo zresztą jak o wielu innych, cudacznych wypustach z Edradour. Bo sobie zasłużyły ;-) Tym niemniej, czas nie stoi w miejscu, a skoro pracują tam ludzie przecież niegłupi (choćby i wydawali się szaleni), musieli kiedyś dojść do wniosku, że - koniec końców - nie da się uciec przed problemem jakości. Bo ta jakość to jednak nie do końca to samo, co tysiąc sto dwudziesty czwarty rodzaj beczki po winie... I tak, 10-letnia oficjalna, torfowa Ballechin, debiutująca na rynku parę lat temu, okazała się (nareszcie) whisky zdecydowanie poprawną, jak na swoją obniżoną (46%) moc. I, co najlepsze, do dzisiaj trzyma ten sam poziom.
No dobrze, a co z naszą 13-letnią wersją single cask, pochodzącą z beczki po burgundzie?... Zawitała na stole już pod sam koniec degustacji, a mimo to... Ho ho! Piekło i szatani! Na Goga i Magoga... i świętego Jarosława! Uderzenie torfu, jakiego nie powstydziłaby się ani Caol Ila, ani nawet octomorzaste wynalazki spod ogona diabła Boruty. Czy to najbardziej zatorfiona whisky tej sesji? Prawdopodobnie tak. Czy najbardziej zwariowana, "atakująca" i ekspresyjna? Zdecydowanie. Pas...

Ostatnią pozycją, na którą wielu spośród nas ostrzyło sobie kubki smakowe, miała być nastoletnia Talisker, z selekcji niezależnego „renomowanego bottlera” Adelphi. Oczywiście wypust pod tradycyjnie tajemniczą nazwą „Breath of The Isles” (używanie nazwy Talisker przez niezależne firmy jest zdecydowanie bardziej problematyczne, niż choćby w przypadku wspomnianego wyżej Highland Parka).
I ten finisz, można powiedzieć, zwieńczył dzieło. Pod względem torfowości nie ustępowała wiele morderczemu Ballechinowi, jednak profil mineralny, słony i minimalnie wytrawny wydawał się bardziej złożony, harmonijny i dostojny, niż wynikałoby to z samej różnicy w rodzaju użytych beczek, bądź z konsekwencji odmiennego pochodzenia obu tych whisky.
Talisker z reguły nie zawodzi, toteż ostatni akcent wieczoru okazał się wystarczająco dobitny, by nastąpiły późniejsze, ochocze „powroty” do tej butelki... ;-)


c.d.n...


Linki do wszystkich próbowanych whisky znajdziecie tutaj.



[PWJ]



R E K L A M A