UWAGA! Obecna zawartość serwisu jest testowa - strona jest w trakcie tworzenia.
09.12.2018 Sunday 21:08 
2018.09.11

Alfabet CWF 2018 (cz. 1)


Po wizycie na tegorocznych, berlińskich targach whisky Kopenicker Whiskyfest, przygotowaliśmy relację w nieco innej formule. Przyjęliśmy, że informacje ogólne i techniczne, serwowane po raz kolejny (odsyłamy do archiwalnych relacji), będące de facto powtórzeniem katalogu zalet i wad imprezy, okazałyby się mniej ciekawe, niż aktualne doniesienia o wybranych przez nas aspektach festiwalu.

W ten właśnie sposób powstał poniższy Alfabet CWF 2018, skupiający się na istotnych z punktu widzenia gościa z Polski kwestiach. Serdecznie zapraszamy do lektury i do komentarzy (albo pytań) na Forum.



A jak Awico

Awico – firma, dla której pewna destylarnia z Campbeltown ;) od lat butelkuje świetne beczki. Trochę inaczej niż zwykle, niniejszą relację rozpoczynamy od jednego z whiskowych odkryć tegorocznej edycji festiwalu. Springbank rocznik 1993, z beczki nr 124, to bottling wybitny, nie tylko na swojej półce cenowej. Zwraca uwagę nie tylko jego morsko-solankowo-owocowa paleta, lecz, przede wszystkim, niezwykła intensywność – zarówno w aromacie, smaku, jak w finiszu. Czytelne nawiązanie do charakterystycznego, legendarnego stylu Springbanka z późnych lat 60-tych. A i jakość nie zostaje daleko w tyle. Polecamy!


B jak braki

Nie sposób uciec od tego tematu. Braki na polu whisky bowiem były zauważalne. Zarówno w wyborze whisky starszej (o tym później) jak i wśród samych wystawców. Do grona tradycyjnie nieobecnych bottlerów (jak np. MOS czy TWA) dołączyli kolejni – praktycznie niewidoczne podczas tej edycji SSMC, Harry Amon z jego zawsze dobrą selekcją rarities, wreszcie np. Chieftain's, MMD czy Hart Bros. Na pocieszenie warto podkreślić, że niektórzy spośród obecnych wystawców poszerzyli ofertę o interesujące serie (np. Robin z Villa Konthor oferował niemało bottlingów Daily Drama), jednak pewien niedosyt i rozczarowanie pozostaje.


C jak Clynelish

W istnym zalewie bardzo (za bardzo?) współczesnych bottlingów z wielu mocno dziś „pompowanych” destylarni, Clynelish ciągle jawi się jako marka gwarantująca nienaganną i niezmiennie stabilną jakość. Wszystkie próbowane przez nas w tym roku wersje oferowały poziom, co najmniej, bardzo przyzwoity. Niestety, jednocześnie za coraz wyższą cenę. Interesujące wypusty z osławionych roczników 1995-1997 dawno już przekroczyły poziom 200,00 EUR za butelkę, a i 300,00 EUR nie powinno nikogo dziwić (zwłaszcza w odniesieniu do najtrudniej osiągalnych, limitowanych releasów, przeznaczonych dla odbiorców dalekowschodnich).


D jak dym

Czarny i gęsty dym, który w pewnym momencie pojawił się nieopodal imprezy w ilościach zdecydowanie alarmujących. Nikogo (!) to jednak nie obeszło. W zasadzie my też po chwili zapomnieliśmy o tym incydencie. Atmosfera bowiem – jak zwykle – kapitalna (patrz też „K jak klimat”).


E jak entuzjaści po 60-tce

Od lat z zainteresowaniem śledzimy „profil” statystycznego gościa na berlińskich festiwalach - tak inny od tzw. klasycznego bywalca festiwali w PL ;) Inny - zaczynając od średniej wieku, poprzez tematy (i meritum) zasłyszanych "whiskowych" rozmów, na bezpretensjonalnym sposobie ubierania się kończąc.
Wcale nie jesteśmy pewni, że geneza tak drastycznej różnicy sprowadza się wyłącznie do innego stopnia „świadomości tematu” w obu krajach. Niewątpliwie w Polsce istnieje już wystarczająco liczne grono wymagających, dojrzałych konsumentów whisky, by zapełnić imprezę znacznie rozleglejszą, niż CWF. Problem raczej w tym, co chcą osiągnąć i do kogo adresują główne festiwalowe przesłanie nasi rodzimi organizatorzy... Albo raczej: jakie działania pozorują? Tegoroczny przykład niezmiennie pretekstowego festiwalu w JG i te same tysiące fanów „whisky z colą” nie napawają przesadnym optymizmem. Jak bowiem można mówić o uświadamianiu konsumenta, szermować hasłami edukacji whiskowej, kiedy oferuje mu się co roku tę samą, jeśli nie coraz większą, blagę i pozoranctwo? Czy nie trzeba mówić raczej o hamowaniu rozwoju, a co najmniej o lekceważeniu tych (nie)licznych, którzy w ciągu ostatnich czterech, pięciu lat już się o whisky czegoś faktycznie dowiedzieli?


F jak finanse

Nikogo chyba nie zaskoczymy mówiąc, że nie jest dobrze ;) Ceny whisky szybują, a wraz z nimi drożeje cała „otoczka” – wejściówki (15,00 EUR za jednodniowy bilet), masterclassy, no i przede wszystkim dramy na stoiskach. 5-6,00 EUR za 2cl zaledwie kilkulatek, około 10,00 EUR za „cokolwiek przyzwoitego” i jeszcze więcej za pozycje faktycznie rokujące. Nie jest fajnie, oj nie...


G jak grainy

Najprawdopodobniej to wzrost popytu i wywołany nim skok cen na stare single malty powoduje, że na każdym właściwie stoisku widzimy coraz liczniejsze propozycje whisky zbożowych. I nie są to już, jak drzewiej bywało, dobrze doleżakowane bottlingi w wieku lat 30-tu, i więcej. Dziś butelkuje się w postaci single-cask grainy nawet 10-letnie! Karkołomna koncepcja, niestety.


H jak horror finiszowania

Wspomniany, galopujący popyt na whisky słodową, a zatem i próbująca sprostać mu podaż powodują, że coraz istotniejszy staje się problem powtarzalności (patrz: „S jak standaryzacja”) whisky, nie tylko w znaczeniu postępującej unifikacji profili smakowych, ale po prostu... totalnej wtórności wypustów. Całe partie whisky z sąsiednich (najczęściej młodych) beczek trafiają na rynek w tym samym momencie, jako single cask, pozostawiając konsumenta z niemałym mętlikiem w głowie. Co bardziej zaradni bottlerzy postanowili zatem wyróżnić swe produkty spośród konkurencji i przyciągnąć klientów wymyślnymi, krótkimi, choć bardzo intensywnymi finiszami. Zwłaszcza zapewniającymi możliwie ciemny kolor trunku ;) Efekty takich eksperymentów bywają okrutne: radzimy bardzo uważać na wszelkie, kilkuletnie, przysłowiowe Ardmory z beczek po Amarone, czy inne Glen Moraye z beczek po porto.


I jak "im ciemniej tym lepiej"?

Niestety, w segmencie whisky starszej, też nie dzieje się zbyt dobrze. Próbowaliśmy co najmniej kilku nęcąco „ciemnych” whisky w wieku lat około 20-tu, otrąbionych jako „odkrycia sezonu”. Poza samym kolorem jednak, niewiele w nich przypominało niegdysiejsze bottlingi z beczek po dark sherry. Raziła sztuczność, niepoukładanie, zdecydowana ulepkowość smaku.
Aby zdać sobie z tego sprawę osobiście, wystarczy sięgnąć po produkcję tych samych zakładów (np. Glendronacha) z kolejnych dekad. Regres jakościowy, a co najmniej – utrata pewnych walorów i zastępowanie ich innymi, zdecydowanie bardziej dyskusyjnymi – jest w naszej ocenie ewidentna. Pytanie, czy, i kiedy, zostanie wymuszony zwrot ku klasycznym whisky, pochodzącym z beczek po bourbonie? (patrz też ”W jak whisky na dziewięć”)


J jak japońskie etykiety

Popularność whisky japońskiej, przy jej mocno ograniczonej dostępności, w zasadzie musiała wywołać taką reakcję producentów. Serii w 100% szkockich maltów, opatrzonych etykietami stylizowanymi na dalekowschodnie, lub po prostu przetwarzających tematy z tamtego kręgu kulturowego, pojawia się na rynku coraz więcej. W znacznej części są to edycje kierowane na tamtejsze rynki, nierzadko dla bardzo wymagających klientów. Nie jest to jednak żelazną regułą – zawsze warto więc pamiętać, że „nie wszystko złoto, co na Japonię” ;)


K jak klimat

Wracamy do samego festiwalu. Widać, że organizatorzy najmocniej stawiają na swojski, kameralny, można nawet powiedzieć intymny, klimat. Coraz więcej jest palenisk, na których buzuje ogień (duża zaleta lokalizacji pod otwartym niebem), stolików, sof, wygodnych ławek itd. Można napić się dobrego piwa (w Niemczech to akurat nie sztuka), zimnego cydru, nieźle zjeść, zapalić cygaro w wydzielonej strefie, leniwie posiedzieć z dramem na pomoście. Tak, tak – nikt nie włazi z odpalonym kiepem, degustującym whisky pod sam nos! A wszystko spaja doskonale dobrana, celtycka muzyka (oczywiście na żywo). I ciągle - nieprzesadnie głośna...


L jak Lagavulin

Tradycyjnie, istotne miejsce na naszej liście testów festiwalowych, dzierżą próby wyławiania interesujących, niedrogich opcji torfowych i dymnych. Dawniej powiedziałoby się po prostu: „whisky z Islay”... Dziś jednak królują (przynajmniej ilościowo) różnorakie Peatside'y, Orkney'e i Ardmory. Niekiedy dość nieźle imitując stare firmy. Co jednak Lag, to Lag.
Odkryciem festiwalu w tym segmencie okazała się 6. edycja słynnej (sic!) Braon Peat z Whisky Warehouse. Być może nie dorównuje doskonałej „dwójce” ale zdecydowanie wyróżnia się czystością profilu i jego świetnym, jak na swój wiek, zbalansowaniem. Wytrawność kutrowa w najlepszym, oldschoolowym wydaniu. Nie rozumiem tylko, w jakim celu któryś z kolejnych batchy (bodajże ośmioletni) został przepuszczony przez jakieś dziwaczne drewno. W efekcie: nieudany eksperyment i bardzo duże rozczarowanie. Ale „szóstka” – świetna.


c.d.n.




[PWJ]

R E K L A M A