UWAGA! Obecna zawartość serwisu jest testowa - strona jest w trakcie tworzenia.
18.11.2017 sobota 07:04 
2016.09.02

Rozmyślania przy okazji premiery Glenfiddich Experimental Series

Wczoraj gruchnęło w internecie, że Glenfiddich wypuszcza właśnie dwie nowe edycje, będące pierwszymi elementami większej całości, serii Glenfiddich Experimental Series. Nie sądzę, by dzisiaj był jeszcze ktoś na świecie, kto interesuje się whisky, a o wersjach Glenfiddich IPA Experiment i Glenfiddich Project XX nie słyszał. Dlatego nie ma sensu o nich informować. Yesterday’s news.

Jako urodzony sceptyk i wysezonowany cynik, postanowiłem zabawić się dziś w coś innego. Przejrzałem internet w poszukiwaniu wpisów na temat tych dwóch nowych edycji Glenfiddich – zarówno w profesjonalnych pismach, fachowych witrynach, jak i na blogach – by zobaczyć jak do tematu podchodzą fachowcy. Czy kupują i bezkrytycznie powtarzają marketingowy bełkot, który popłynął wczoraj z największej destylarni w Dufftown, czy też może zadali sobie odrobinę trudu, by dowiedzieć się czegoś więcej, poznać czym naprawdę są te dwie nowe whisky. Kto natychmiast podał wiadomość, niechlujnie tylko przepisując press release z Glenfiddich, licząc na zgarnięcie jak największej publiki dla swoich materiałów jako ten pierwszy, a kto zadał sobie czasochłonny jednak trud i był w stanie powiedzieć coś więcej o dwóch nowościach. Tak trochę w nawiązaniu do nie tak dawnej dyskusji na temat jakości polskiej blogosfery poświęconej whisky. No bo jeśli osoby piszące o whisky tylko tańczą w takt muzyki wygrywanej (nawet na dudach) przez koncerny, to nie można się dziwić przekrojowi i podejściu publiki na festiwalach whisky, choćby tym ostatnim w Jastrzębiej Górze, o którym to i owo na naszym forum powiedziano.

Przejrzałem około dwudziestu publikacji internetowych, z których większość ukazała się już wczoraj, chwilę po tym, gdy Mark Thomson z Glenfiddich ogłosił na facebooku, że nowości są. Nagle ekran komputera wręcz pokrył mi się zdjęciami – przepięknymi zresztą – dwóch butelek opatrzonych charakterystycznym logo z głową jelenia. Wśród przeanalizowanych publikacji były The Spirit Business, szkocka edycja The Herald, było The Drinks Business, Executive Style, byli pomniejsi blogerzy, były wreszcie witryny fachowe – scotchwhisky.com i greatdrams.com.

Tylko te dwie ostatnie poszły do źródła, dowiedziały się i spróbowały narysować obraz nieco szerzej. Jak się wie którędy, to nie jest to skomplikowane. Sam wykonałem kilka maili, ruszyłem dwa kontakty i dowiedziałem się więcej niż zawarto we wszystkich wymienionych publikacjach razem wziętych.

Ja nie wiem czy Glenfiddich IPA Experiment i Project XX są wiele warte jako whisky. Nie przesądzam. Być może są, być może nie. Jak mawiają anglojęzyczni, żeby ocenić deserek, trzeba go najpierw zjeść. The proof of the pudding is in the eating. Niewykluczone, że jest to jakiś sposób na poradzenie sobie z nieuchronnym obniżaniem lotów masowo produkowanej whisky, a związanym z brakiem dobrych beczek, unifikacją procesu produkcji, jego automatyzacją i promującą miernotę przewidywalnością. Może tędy droga, zamiast totalnego malkontenctwa. Jak się napijemy, to ocenimy. Nie podoba mi się tylko – i to nie po raz pierwszy – że osoby piszące o whisky, stawiające się w roli autorytetów, nie dociekają, nie zadają pytań, nie analizują. Słabo.

A o co tu pytać, czego dociekać, ktoś powie. Są dwie nowe whisky, z których jedna finiszowana była w beczkach po kraftowym piwie typu IPA, a druga zestawiona została z zawartości dwudziestu różnych beczek wybranych przez ambasadorów Glenfiddich z dwudziestu krajów świata. Koniec, kropka. Finito. A może jednak nie?

Najpierw matematyka. Jeśli w przypadku Glenfiddich Project XX dwudziestu ambasadorów Glenfiddich wybrało dwadzieścia beczek, a potem mistrz kupażu Glenfiddich, Brian Kinsman, zestawił ich zawartość w odpowiednich proporcjach – bo przecież nie zlali zawartości beczek ot tak, jak leci – to dlaczego nie ma mowy o limitowanej edycji? Dlaczego nie ponumerowali butelek i nie zamierzają ich sprzedawać po 300 GBP za sztukę? Ano dlatego, że jest to edycja zdecydowanie nielimitowana, a to, co pojawia się na rynku to tylko odtworzenie profilu tamtej, stworzonej przy udziale owych dwudziestu ambasadorów. I będzie butelkowana tak długo, jak długo będzie na nią popyt na rynku, lub jak długo wytrwają zapasy w magazynach Glenfiddich. Już brzmi mniej ekskluzywnie, mniej kusi by po nią sięgnąć? Przykro mi.

Rozważania na temat upływu czasu – im jestem starszy, tym bardziej jest to ulubiony przeze mnie temat rozmyślań. Glenfiddich IPA Experiment, whisky finiszowana w beczkach po kraftowym IPA. Brzmi fajnie, dla wielu chwytliwie. Już gdzieś przeczytałem, że co jak co, ale tej Glenfiddich IPA to na pewno spróbuję, bom fan IPA pełną gębą – czy coś w tym stylu. Nikt – albo prawie nikt – nie zapytał co to były za beczki, skąd się wzięły, jak długo leżało w nich piwo, jak długo później finiszowano ową whisky. A w ogóle, co to za browar? Jakie piwo robią? Pytania kluczowe dla zrozumienia sedna procesu i formułowania oczekiwań wobec ostatecznego produktu. Spieszę więc z informacjami.

Do wspólnych zabaw z finiszowaną w beczkach po IPA whisky zaproszono Speyside Craft Brewery mieszczący się w Forres, dwa kroki od destylarni Benromach, niecałą godzinę jazdy samochodem od Glenfiddich. Podczas mojego ostatniego pobytu w Speyside kilka miesięcy temu, piłem ichnie piwo i stwierdzam, że jest niezłe. Ale to tylko opinia. Na dodatek moja. Większość polskich hopheadów wykrzywi się najpewniej na ich produkty, bo Speyside Craft Brewery akurat potrafi robić piwo, potrafi skomponować amerykańskie chmiele i nie przesadza z ich ilością, do czego polscy konsumenci piw kraftowych nie są przyzwyczajeni. Ale na bok kraftowo-piwowarskie uszczypliwości. Tylko żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Do eksperymentu w Glenfiddich przygotowano beczki z amerykańskiego dębu, które już w Szkocji spędziły dwanaście lat, czule otulając w tym czasie szkocką whisky. Potem zalano je piwem IPA ze Speyside Craft Brewery. Przygotowano trzy różne wersje piwa, różniące się od siebie zasypem, mocą i poziomem nachmielenia. Piwo spędziło w tych beczkach miesiąc. Uwaga, to była ważna informacja. Miesiąc. Po tym miesiącu beczki opróżniono, piwo zabutelkowano i sprzedano, a do tak wysezonowanych beczek wlano Glenfiddich. Źródła najbardziej nawet głęboko umiejscowione w organizmie William Grant & Sons, właściciela Glenfiddich, milczą na temat jej wieku. Natomiast wiadomo, że whisky ta leżała w tych beczkach od dwóch do trzech miesięcy.

Ja sobie zadaję pytanie – jeśli piwo spędziło w beczce miesiąc, a potem whisky spędziła w tej samej beczce nawet trzy miesiące, to co tutaj mogło się wydarzyć? I coś mi mówi, że niewiele ponad to, że nasączona piwem warstwa węgla drzewnego oddała to piwo w postaci niezmienionej do whisky. Whisky wypłukała z drewna piwo – i koniec. Innymi słowy, gdyby nie rygorystyczne przepisy zabraniające takich praktyk, wystarczyłoby do whisky dolać odrobinę nachmielonego piwa i efekt byłby ten sam. W Glenfiddich znaleźli sposób – dość pracochłonny, to fakt – obejścia tych przepisów. I niech im się wiedzie! Tak więc, każdy hophead, a jednocześnie wielbiciel whisky może sobie do kieliszka whisky dokropić swojego ulubionego IPA – et voila!

Dodam jeszcze na koniec, że Glenfiddich IPA Experiment też nie jest edycją limitowaną. Można będzie się nią rozkoszować tak długo, jak długo rynek będzie chciał ją chłonąć.

Zastrzegłem gdzieś na początku, zastrzegę raz jeszcze na koniec. Nie wiem jak będą smakowały Glenfiddich Project XX i IPA Experiment. Nie wykluczam, że będą to niezłe whisky. Nie wykluczam niczego. Ale, do diaska, nie dajmy się ogłupiać.

[R.M.]
Zdjęcia dzięki uprzejmości William Grant & Sons


R E K L A M A