UWAGA! Obecna zawartość serwisu jest testowa - strona jest w trakcie tworzenia.
15.11.2018 Thursday 03:51 
2018.10.18

Whisky Live Warsaw 2018 - na właściwym kursie (cz. 2)


WYSTAWCY

Tym, co typowe dla WLW, jest tradycyjnie pokaźna liczba wystawców, a wśród tej pokaźnej liczby równie pokaźna ilość alkoholi i marek, które z dobrą, szkocką whisky słodową związane są raczej luźnym powinowactwem ;) Samo przez się nie oznacza to jeszcze niczego złego. Wszak kołem zamachowym (a i szczególnie istotnym sponsorem) masowych imprez świata whisky pozostają i pozostawać będą wielkie koncerny, skądinąd mające w swoim portfolio rozmaite trunki, przeznaczone na dla tzw. zróżnicowanego odbiorcy. Głównie więc trunki dość słabe. Ważne jednak, by poza produktem in genere pospolitym, pozostającym poza orbitą zainteresowania zdecydowanej większości czytelników BOW, impreza oferowała odpowiedni wybór – oraz poziom – po prostu porządnej, ciekawej, możliwie unikalnej whisky słodowej. Zwłaszcza, jeżeli ma gromadzić osoby z całego kraju, gdzie coraz więcej powstaje lokalnych, mniejszych, mocno konkurencyjnych inicjatyw.

Nie odkryję cienkości Arrana gdy napiszę, że dobór wystawców na każdym festiwalu wynika z wielu czynników ;) Na niektóre mają wpływ sami wystawcy (np. na ochotę promowania się w ogóle, bądź na konkretnej imprezie), na inne gospodarz-organizator (dyktujący warunki, w tym finansowe). Zapewne jednak obecność określonym firm i marek wynika, choćby pośrednio, z manifestowanej skali zainteresowania tą obecnością ich faktycznych, bądź potencjalnych, klientów. Do pewnego stopnia również wynika z tego asortyment, z którym potem do tychże klientów, już na konkretnej imprezie festiwalowej, wychodzą. Jaką jakość whisky, jaką wartość dodaną, a zatem – jaki poziom realnej satysfakcji, zdecydują się im w swej łaskawości i ofiarności zapewnić ;)

Można (i w istocie należy) narzekać na pewne, widoczne braki wśród wystawców WLW 2018. Braki, których notabene nie spodziewalibyśmy się po choćby zamierzchłej, pierwszej edycji warszawskiej imprezy, która była pod tym względem, teoretycznie ciekawsza i bardziej kompletna. Tym niemniej, zastanawiając się nad przyczynami (oraz skutkami) niektórych absencji, uznaliśmy za bardziej znamienny i rzutujący na ogólny odbiór eventu nie sam ten fakt - lecz zasadnicze, generalne zmniejszenie się dostępności whisky naprawdę wybitnych. Niekoniecznie zresztą tych z najwyższej półki cenowej.

Mówiąc krótko: bardziej doskwierający okazuje się na festiwalu niedobór sensownej whisky per se, niż brak określonych firm z branży. Samo ograniczenie „podaży” nawet zasłużonych bottlerów, nie musi skutkować brakiem dostatecznej ilości dobrych dramów. Ani też zwiększenie liczby stoisk nie musi wcale owocować automatycznym podniesieniem poziomu, zatem i atrakcyjności dla nas całej imprezy. W tym kontekście istotniejsze jest to, jak wygląda dyspozycja i realne zaangażowanie tych, którzy na festiwalu SĄ. Oraz - na ile są w stanie, bądź byliby skłonni to zaangażowanie, głównie w lepszą whisky, zwiększyć. I na jakich warunkach.

Niewątpliwie powrót na festiwal takich marek jak Douglas Laing czy SMWS, Pinota z ich portfolio, nie wspominając o MurrayMcDavid ;) przyniósłby, poprzez sam akt, coś dobrego. Podniósłby różnorodność i statystyczną szansę na kilka fajnych dramów więcej. Podobnie zresztą, jak zaproszenie grupy innych, niezależnych dystrybutorów... Jednak właśnie to, co jeszcze niedawno wydawało się remedium na wszelkie troski przeciętnego fana dobrej whisky, skazanego na bytność li tylko na krajowych imprezach (wyrażające się w haśle „więcej IB!”) dziś okazuje się czystą iluzją.
Nawet na najobfitszych w tym zakresie imprezach zagranicznych, gdzie IB wyzierają z każdego kąta, średni poziom oferowanych bottlingów z bieżącej selekcji jest już na tyle niski, że sam "efekt masy" niewiele, lub zgoła niczego, na WLW nie zmieni. Mielibyśmy takie samo średniactwo, podniesione po prostu do ilościowej potęgi. W efekcie - poza iluzorycznym bogactwem wyboru, wychodzilibyśmy z imprezy z podobnym poczuciem rozczarowania samą whisky.

Toteż, analizując rzecz wnikliwiej, diagnozując na czym w istocie polegają braki przez nas na WLW najbardziej odczuwalne, czyli brak whisky zjawiskowych – albo choć tych naprawdę zapadających w pamięć - najistotniejsze wydaje się ustawiczne przekonywanie obecnych wystawców o konieczności podjęcia działań, polegających na rozwinięciu jakościowym oferty. A przede wszystkim, uzmysłowienie im korzyści z tego płynących. Korzyści nawet jeżeli nie typowo doraźnych, czysto finansowych, to przynajmniej długofalowych, polegających na budowaniu u klienta świadomości marki „z możliwościami”, względnie z ultra-ciekawą historią bottlingu, prezentowaniu selekcji faktycznie potrafiącej błysnąć doskonałą s/m, tworzeniu obrazu firmy maksymalnie dbającej o zadowolenie wymagającego klienta.

Tacy więc będą wasi wystawcy i takie będą coroczne hity, jak wasze wobec nich wymagania – chciałoby się rzec. I taka będzie whisky, którą ze sobą na festiwal dla was przywiozą (-->patrz kolejny rozdział tej recenzji).
Póki każda, nawet najbanalniejsza premiera whisky single cask będzie wywoływać w mediach społecznościowych smutny kolportaż ekstatycznych uniesień, póki początkujący sprzedawcy nie zaprzestaną kreowania fikcyjnej rzeczywistości w której na tacy podają ludzkości możność obcowania z prawdziwymi cudami selekcji, póty nie możemy się spodziewać, my – bardziej wybredni glusiowie, że na festiwalach będziemy raczeni pozycjami faktycznie wybitnymi.

W praktyce bowiem wystarczyłoby, by aktualni wystawcy (choćby tylko wybrani!) zapewnili na imprezę po pięć czy sześć naprawdę szczególnie dobrze wybranych bottlingów. Owszem - głównie spoza bieżącej oferty, dostępnych jedynie na aukcjach, przygotowanych specjalnie na taką okazję. Jakiekolwiek braki w zakresie liczby stoisk czy IB zostałyby wówczas, co najmniej, zrekompensowane.

Kluczowa w tym pomyśle jest przyszła postawa organizatora WLW, który jako jedyny dysponuje narzędziami bezpośrednio skutecznymi dla powodzenia implementacji takiego, bardziej wymagającego podejścia ;) Raz, że sam przygotowuje spore stoisko, na którym takie propozycje powinny się obowiązkowo znaleźć. Dwa, że jako jedyny może dyktować pewne warunki, względnie kusić profitami, dysponując niemałym przecież wpływem na swoich partnerów-wystawców...

Nie będę zgadywał, czy i jakim sukcesem okazała się tegorocznie prezentowana, dodatkowo, wewnętrznie biletowana Strefa Luksusu, pod którą wyłączono sporą część powierzchni festiwalu. Sprawiała wrażenie dość sennej, kostycznej, raczej wyludnionej i mocno kontrastującej z tętniącą życiem główną częścią imprezy. Być może lepszym rozwiązaniem okazałyby się „strefa whisky rarities”, gdzie dobra whisky nie byłaby wyłącznie dodatkiem, a główną atrakcją? Oczywiście nie sprowadzając całej sprawy do eksponowania whisky najstarszych, najbardziej efekciarskich – takie podejście, wyłącznie łechtanie próżności pewnej grupy uczestników byłoby przepisem na pewną porażkę. Warto, po prostu, zainwestować w faktyczną jakość.


O WHISKY

Whisky festiwalu została dla mnie, prywatnie, 22-letnia Tobermory single cask, od młodego polskiego bottlera - „Loży Dżentelmenów”. Na tym druzgoczącym newsie można byłoby właściwie zakończyć tą część relacji, lecz sprawa nie jest taka prosta, na jaką wygląda ;) Ubolewam, że owa Tobermory (nie do końca selekcji wzmiankowanej firmy, jest to klasyczny tzw. exclusive z zasobów innego IB) nie została zgłoszona do festiwalowego konkursu, bo miałaby tam niemałe szanse na podium. A może i coś więcej ;) Zdecydowanie wyróżniająca się (szczególnie smakowo) na tle innych pozycji w ofercie swoich patronów z LD.
Co by nie mówić, po prostu niezachwianie lubię cs-owe Tobermory z beczek po sherry, z połowy lat 90-tych... Szczerze gratuluję też możliwości wyboru tej konkretnej beczki dla polskiego klienta.

Poza tym chwalebnym, choć jednostkowym przypadkiem, festiwal ciągle wpisuje się w grupę takich imprez, po których łatwiej wymienić wszystkich spotkanych znajomych, niż znaleźć przysłowiowe pięć whisky, wartych zapamiętania na lata ;) Zrzucam to jednak częściowo na karb szczególnego w tym roku pecha, bo żaden spośród rokujących dramów nie okazał się być tym razem na miarę oczekiwań, lub zapowiedzi (a niekiedy, i faktycznej renomy). Niezależnie, czy mówimy o kilkuletnich Caol Ilach, 20-letnich Mortlachach z beczki po bardzo ciemnej sherry, czy dostępnym wyborze z selekcji takich potęg, jak LMDW. Częściowo to chyba jednak też efekt lekkiego (?) zmęczenia materiału (by nie użyć określenia „osiąścia na laurach”) po stronie tych najbardziej zasłużonych, i zarazem potencjalnie najmocniejszych whiskowo, wystawców. Wspominając ów pierwszy festiwal warszawski wszyscy (i oni, i my) doskonale pojmą, co mam w tym momencie na myśli...

Ponieważ zwykliśmy nieźle radzić sobie z pokusą uprzejmego wymieniania wszystkiego, co było do spróbowania „spoza podstawek i może powtórek z ubiegłego roku”, a co miałoby stwarzać pozory obfitości edycji ciekawych i wspomnienia wartych, poprzestanę na tym jedynie, czego spróbowałem niejako z obowiązku, w ramach degustacji konkursowej. Było tam parę zaskoczeń – zwłaszcza wśród whisky, których z własnej, nieprzymuszonej woli, z pewnością nie dałbym sobie dobrowolnie wlać do kieliszka... ;) O tym trochę niżej.

Przychodzi pogodzić się z tym, że niestety żyjemy w takich czasach, kiedy whisky uzyskujące te najbardziej wytęsknione (a do niedawna przecież całkiem realistyczne) „6-7 punktów” stają się, coraz bardziej, pieśnią odległej przeszłości. Do ich powszechnej nieobecności na festiwalach – nie tylko tych krajowych – powinniśmy, z bólem, po prostu przywyknąć. Współczesna selekcja IB staje się coraz bardziej przyziemna (a co z niej w ogóle trafia do Polski, to temat na inną rozmowę), generycznie nużąca, zaś ceny wybitnych, archiwalnych wydań whisky, będą coraz mocniej zaporowe. Rozwiązaniem nigdy nie będą dramy po 100 czy 200 zł – tak w Polsce, jak i za granicą.
Ratunkiem może być wyłącznie prawdziwa selekcja, chęć „pokazania się” na tle nudnego tła, okupiona szlachetnym i rosnącym wysiłkiem wystawców. Którego wszak, podobnie jak i więcej, niż minimum ambicji, mamy pełne prawo oczekiwać. Noblesse oblige.


KONKURS WARSAW WHISKY AWARDS

Dzięki uprzejmości i na prośbę organizatora, miałem w tym roku możliwość „jurorzenia” w konkursie, który wyłonić miał najlepszą whisky festiwalową. Ponieważ spotkało się to ze spodziewanymi, licznymi pytaniami czytelników BOW, pozwalam sobie na krótkie wyjaśnienie owej sytuacji. Pytać jest rzeczą ludzką, bądź co bądź ;)

Konkurs ów, przede wszystkim, nie dotyczył wcale wyboru „whisky roku”, „[/i]whisky roku w Polsce[/i]”, „najlepszej whisky świata”, ani niczego w tym guście. Chodziło o wskazanie najlepszej whisky na festiwalu, spośród zgłoszonych do konkursu, dobrowolnie, przez samych wystawców. Nie był to więc, jak często niestety bywa, konkurs silący się na jakąkolwiek „generalną” opiniotwórczość i kolportujący dyrdymały, przy okazji wzajemnego poklepywania się po plecach paru znajomych. To ważne.
Konkurs nie miał nadto żadnych podkategorii, które tworzą dziwne, wewnętrzne podziały, pozwalające szukać usprawiedliwień (co najmniej) dla produktów po prostu słabszych. Walka szła, na równych prawach, dla wszystkich bez wyjątku. Testowano w ciemno, ma się rozumieć.
Rzetelną postawę organizatora ujmę tu lapidarnie: nie wpływał, w najmniejszym stopniu. Wreszcie: wystawcy mieli pełną dowolność w zgłaszaniu się do zawodów, jak i w wyborze do nich konkretnej edycji ze swojej oferty. Można więc powiedzieć, że konkurs dawał nie tylko pewien szerszy ogląd festiwalowego poziomu, ale i świadczył o tym, jak z oceną własnych możliwości i potencjału produktów radzą sobie sami zainteresowani (czyli właśnie wystawcy).
Współsędziujący dawali gwarancję wiedzy praktycznej i obiektywizmu, nie wywodząc się od żadnego z komercyjnie zaangażowanych podmiotów.
Last but not least, wyniki konkursu nie miały podlegać żadnemu uśrednianiu z głosami publiczności – tam przyznawano po prostu osobną nagrodę.

Będąc związany zrozumiałymi regułami poufności, w tym punkcie postaram się przedstawić Wam jednak kilka ciekawostek i płynących z dokonanego przeglądu wniosków.

Zacznijmy od czołówki. Zwyciężyła, dość jednomyślnie, niezależnie butelkowana whisky tzw. undisclosed z Islay (na mój nos, prawdopodobnie z Lagavulin), z młodej, bottlerskiej firmy Islay Boys. Ponieważ mam słabość do takich, torfowo-słodkich klimatów i często sprawdzam nowe, niezależne wypusty, zdecydowanie przyznaję, że pomimo swojej obniżonej do 46% vol mocy, profil Barelegs jest najzupełniej satysfakcjonujący (polecam porównać z oficjalną, współczesną 16-ką od Diageo) i pozbawiony typowego dla młodych maltów z Islay przesolenia oraz posmaków brzeczkowo-orzeszkowych. Słodka, dymowa, po prostu porządna whisky, o obliczu gładkim i z zaznaczającą się głębią. Ta gładkość może być momentami odbierana jako zwodnicza, sugerować niedostatek mocy, lecz będąc cierpliwym i pozwalając nadejść długiemu finiszowi, ostatecznie pozbywamy się wątpliwości. Po festiwalu uczestniczyłem w kameralnym spotkaniu, na którym rzeczona whisky zmagała się z konkurencją naprawdę poważną – w moim odczuciu nie ustępowała jej znacząco poziomem. No, może za wyjątkiem 30-letniej, oficjalnej Brory ;) Jak na flaszkę niemal budżetową, bo za jakieś 40-50 euro, doprawdy nieźle.

W moim osobistym, konkursowym zestawieniu ex aequo z nią uplasowała się jeszcze jedna próbka, toteż pozwolę sobie na przytoczenie tego znamiennego przykładu.
Do teraz zachodzę w głowę, jak to było możliwe?... Być może wskutek udanego kupażu, odpowiedniej kolejności w testingu... Albo to naprawdę zupełnie porządna whiskey! ;) Mowa o, uwaga: Wild Turkey Rare Breed – z nowej, tegorocznej (2018) edycji. Amerykański bourbon zestawiony z niestarych (wedle standardów szkockich) destylatów, w mocy beczki (a w zasadzie: beczek) i to zestawiony, ha!... w sam raz. Nie ma tu pomyłki, przeszedł bowiem ciężki, trzyetapowy, ślepy test, jakim poddałem niektóre z przygotowanych próbek. Ta whiskey po prostu okazała się lepsza, niż niemal wszystko, czego próbowałem na festiwalu. Również poza konkursem - trochę tego było. Szczególnie w aromacie pojawiło się kilka zastanawiająco (!) sensownych akcentów.

Dobre, szkockie marki wypadły przyzwoicie, choć na pewno nie rewelacyjnie. Nawet te edycje, które miały uczciwe ćwierć wieku „na liczniku”. Zaskakująco regularnie dawały się (minimalnie) wyprzedzać markom o mniejszym stażu, czy wręcz o egzotycznym – choć dziś już może nie tak bardzo – pochodzeniu.

Jak widać zatem, do konkursu istotnie zgłoszono propozycje bardzo różne i stylem, i proweniencją. Przekrój wiekowy tych wszystkich whisky (względnie whiskey) również był naprawdę znaczący, a kilku spośród wystawców zaskarbiło sobie moje uznanie nader śmiałymi, zahaczającymi o brawurę decyzjami ;) Zabawa w ślepe testy ma swój urok, i jakkolwiek w moich notatkach wiele razy odgadłem trafnie, z czym mniej więcej mam do czynienia, popełniłem też kilka lekko zawstydzających błędów... Jednak przy ponad 30-tu próbkach, do tego poddawanych niekiedy ponownemu testowi porównawczemu, nic nie jest takim, jakim się początkowo wydaje.

Myślę, że konkurs WWA ma przed sobą ciekawą przyszłość, o ile oczywiście zostaną zachowane dotychczasowe, transparentne zasady. Nie znaczy to rzecz jasna, że nie można byłoby pokusić się o kilka ulepszeń. Jeżeli chodzi o sam wymiar festiwalowy, to uważam, że zdecydowanie każdy ze zgłaszających wystawców powinien wyasygnować, w razie odniesienia zwycięstwa, odpowiedni budżet na nieodpłatną degustację swej whisky wśród zgromadzonych widzów, tuż po ogłoszeniu wyników. Po prostu: otworzyć i rozlać kilka butelek. Dla jury byłaby to także okazja mówienia o czymś, czego zebrani właśnie mają okazję spróbować.
Można byłoby pokusić się o wyświetlenie stosownej informacji o zwycięzcy także na festiwalowym ekranie, podać przybliżoną cenę butelki itd.
No i jeszcze jedna sprawa! Osobiście mam się za raczej zaprawionego w boju zawodnika, ale i dla mnie grubo ponad trzydzieści dramów w ciągu jednej, krótkiej (około 2,5 h) sesji to jedno z najpoważniejszych wyzwań w dziejach ;) Myślę, że jurorzy byliby w przyszłości wdzięczni organizatorowi za podzielenie ocennej sesji konkursowej na dwa kolejne dni.


PERSPEKTYWY

Można zżymać się na pewne niedociągnięcia, można (słusznie!) narzekać na niedobór lepszej whisky, punktować nieobecne marki, wytykać ciągle widoczną prowincjonalność oferty. Można nawet narzekać na smycz, która pozostawiła w festiwalowym kieliszku nieznośny aromat (sic!). Jeżeli jednak celem ma być dalsza, realna poprawa WLW na płaszczyznach dla nas istotnych - ta impreza naprawdę ma potencjał mocniejszego zaistnienia na mapie festiwali europejskich - warto spojrzeć przychylniejszym okiem na to, co już zrobiono (bo zrobiono), i z dozą nadziei w przyszłość. Wątpliwe, by Warszawa ze swą "terenową specyfiką" stała się kiedykolwiek Paryżem, czy nawet zabytkowym Limburgiem albo zielonymi przedmieściami Berlina. Brak ku temu obiektywnych argumentów i, póki co, faktycznych atutów. Może za to szczycić się, w przyszłości, festiwalem o innej specyfice – łączącym styl popularny, masowy, z respektowaniem potrzeb tzw. wymagającej niszowości.

Sztorm wokół ciągle szaleje, do portu daleko, ale sam kurs wydaje się być właściwy. Rozmawiamy bowiem, tak naprawdę, o korektach dość prostych – a w ujęciu kosztowym, wręcz o kosmetyce. O uzupełnieniu istniejącej koncepcji, o parę kolejnych, ważnych elementów - głównie w zakresie samej selekcji whisky. Jest to wykonalne, nie mam wątpliwości. Zarazem mam jednak poczucie, że wszyscy musieliby tego konsensusu tak naprawdę równie mocno pragnąć: i organizator, i wystawcy/dystrybutorzy, i przede wszystkim środowisko najwierniejszych fanów whisky. Niby częściowo zadowolone, ale ciągle czekające i najwyraźniej tęskniące do imprezy, o której będzie można z przekonaniem i dumą opowiadać znajomym za granicą. A później ich na nią, w pełnej zgodzie ze swym sumieniem, zaprosić.

Za rok przekonamy się wspólnie, dokąd zawiodły nas morskie prądy.



[PWJ]

R E K L A M A